Dinozaury bez trzymanki

5

 

     Tradycja spotkań jest wieloletnia. Kiedyś organizowano je w Górze i nazywano ,,zlotami dinozaurów'' – przybywały na nie całe kapele muzyczne, a każda z nich miała do zagrania po kilka utworów. Głównym organizatorem był wówczas Franciszek Bułyszko, szefujący tamtejszemu domowi kultury.

Jazda bez trzymanki

    Od kilku lat w Lesznie odbywają się z kolei ,,powroty dinozaurów''. Główny ciężar logistyczny spoczywa na Romanie Makarowiczu (na zdjęciu), określanym mianem ,,ojca leszczyńskiej chałtury'', znanym bardziej jako ,,Makaron''. Niedawno odbyła się już szósta edycja tej imprezy.

     – Ciężko ludzi zebrać w jednym miejscu i w jednym terminie – twierdzi Roman Makarowicz. – Każdy z nas prawie przez cały rok gra w weekendy, więc jedynym możliwym dla większości terminem jest adwent, kiedy liczba imprez jest znacznie mniejsza. Dlatego dwa tygodnie po andrzejkach spotykamy się w sali leszczyńskiego ,,Metalplastu''. Wtedy aż do białego rana trwa jazda bez trzymanki i na scenie i przy stole. Muzyki, jadła i napojów nigdy nie brakuje, a gramatury napitków nikt nie liczy…

    Organizatorzy nigdy nie narzucają sztywnych ram imprez. Najważniejsza jest muzyka, więc każdy może zagrać co chce i ile chce. Imprezy toczą się w formule jam sessions. W tym roku na przykład dominowała muzyka country, bo z recitalem wystąpili Robert i Marcin Rybczyńscy oraz Tomasz Ślotała, czyli Honky Tonk Brothers, zwycięzcy prestiżowego festiwalu Picnic Country w Mrągowie.

    Trudno policzyć, ile osób w regionie leszczyńskim zajmuje się muzyką klezmerską. Yeti, Regenci, Cantata, Paragraf, Telegraph, Five, Superman, Vegas  – te nazwy są znane dwóm pokoleniom mieszkańców regionu leszczyńskiego. Zdecydowana większość z nich gra i śpiewa covery, czyli nagrania innych wykonawców. Przede wszystkim jest to muzyka ,,pod nóżkę'', czyli taneczna. Chałtura bowiem, jak podaje jeden z muzyków, to impreza weselna, karnawałowa lub plenerowa, przy której ludzie bawią się w sposób tradycyjny. Mimo tego część zespołów jednak także tworzy własne utwory, głównie ze względów ambicjonalnych. Muzycy zgodnie oświadczają, że nie są dla siebie konkurencją. Każdy z zespołów ma swe rejony działania, gości u których grają, a także swoje upodobania. Generalnie w drogę sobie nie wchodzą.

Perkusja na blacie

    Niektórzy muzycy, którzy zaliczają imprezy dla dinozaurów, to prawdziwi weterani – ze stażem muzycznym nawet rzędu ponad 40 lat. Na miano dinozaurów zasługują m.in. Henryk Ślotała z Yeti, Zdzisław Poprawski z Regentów, Wojciech Staniewski z Cantaty,  Tadeusz Kujawa z Klezmera.

    – Jeden zbiera znaczki, drugi jedzie o trzeciej w nocy na ryby, a ja jadę sobie pograć – uzasadnia swoje upodobania Wojciech Staniewski, perkusista z zespołu Cantata. – Już od małego uczyłem się gra i podpatrywałem jak gra mój szwagier. Pamiętam jak dziś – rozbierałem stare krzesła, brałem od nich nogi i zasuwałem na blacie w szkole podstawowej nr 8 w Lesznie. Moim wzorem był ,,Papaja'', czyli Zbychu Mikołajczak z Paragrafu.

Wiosna dla sekretarza

    Główny organizator imprez dla dinozaurów Roman Makarowicz gra na klawiszach prawie 30 lat, m.in. w zespołach Kryzys, Fuks, Telex, a obecnie Telegraph oraz Gładek Brothers Band. Zaczął jednak swą grę od występu dla …towarzysza Edwarda Gierka.

    – I sekretarz PZPR jechał w 1977 r. z Boszkowa do Leszna na dożynki – wspomina Makarowicz. – Było polecenie, by go przywitać na rynku w Święciechowie. Grałem wtedy w zespole Scamp przy gminnym ośrodku kultury. Zagraliśmy towarzyszowi pieśni z dostarczonego nam nieco wcześniej spisu utworów, które w takiej sytuacji wypada grać. Pamiętam, że była wśród nich ,,Wiosna'' z repertuaru Skaldów.

    Są też muzycy o stażu znacznie mniejszym, ale także mocno już związani ze środowiskiem klezmerskim. Może być ich nawet coraz więcej, bo po okresie zastoju spowodowanym głównie boomem na ,,muzykę z dyskietki'', znów są widoki na granie na żywo.

    – To przykre, ale ludzie oczekują od nas za przysłowiowe 2 tys. zł, bo taka jest średnia zarobku na chałturze, big bandu na poziomie orkiestry Zbigniewa Górnego, wodzireja jak Jerzy Stuhr i jeszcze muzyków w strojach Renaty Potrzeby. To dla nas niemożliwe do zrealizowania, ale staramy się jak możemy. Dajemy w zamian serce, z którego płynie nasza muzyka. A to jest najważniejsze – twierdzi Paweł Borowiak, klawiszowiec z zespołu Holidays.

Wyżyć czy dożyć?

    Większość klezmerskich muzyków na co dzień pracuje zawodowo, natomiast weekendy generalnie zarezerwowane są dla muzyki. Są jeszcze próby, które organizowane są raz lub dwa w tygodniu. Muzycy zgodnie podkreślają, że w związku z często nieobecnością w domu ich ,,życie rodzinne kwitnie, ale prócz sobót''.

    Zarobki muzyków zależą przede wszystkim od marki kapeli na rynku. Koszt występu jest adekwatny do nazwy zespołu. Za wesele czteroosobowa kapela kasuje od 1600 do 3000 zł. Imprezy mniejsze, np. plenerowe, to koszt do 1000 zł. Wyżyć z tego ponoć nie można, ale można ,,dożyć''. Trzeba z tych zarobków jednak dbać o sprzęt muzyczny, ale to już nie te czasy, gdy po gitarę czy klawisze jechało się do Niemiec lub ściągało je z Ameryki. Dlatego na co dzień np. Makarewicz jest dekarzem, a Staniewski kierowcą. Ale są też zespoły jak Holidays, które żyją z muzyki, grając w piątki, soboty i niedziele.

    Nie ma już tyle chałtur, jak jeszcze kilka, kilkanaście lat temu, ale karnawały i wiele weekendów w roku muzycy mają pozajmowane. Gdyby nie klezmerzy, nie byłoby wesel. Trudno sobie wyobrazić bowiem wesele – zwłaszcza na wsi – przy muzyce techno lub muzyce mechanicznej, bez standardów muzycznych, Czerwonych Gitar, muzyki włoskiej, nieśmiertelnych ,Kaczuch''… Albo bez niespodzianek, które niesie życie, jak np. niecodzienne zamówienie: oczepiny o godzinie dwudziestej pierwszej, bo ojciec weselny nadużył wyrobów spirytusowych i skłaniał się już ku objęciom Morfeusza (ram)

Fot.S.Skrobała
 

Zapraszamy do udziału w naszych konkursach! Tym razem do wygrania weekend dla 2 osób w Karpaczu oraz 5 filmów na DVD z serii Kino Grozy.