Zmierzch firmówek

46
  Do niedawna byłam przekonana, że lepiej raz wydać więcej pieniędzy na firmowy i porządny towar, niż kilkakrotnie kupować rzeczy tanie i liche. Zasada ta odnosiła się niemal do wszystkich produktów: odzieży, butów, żywności, kosmetyków, elektroniki czy wyposażenia mieszkania lub roweru. Od kilku miesięcy jednak na każdym kroku doznaję rozczarowania firmówkami -psują się w mig, wykonane są z gorszych materiałów, a kosztują oczywiście ciągle tyle samo.

    Pierwszego szoku doznałam jakieś trzy lata temu, gdy znany i ceniony w regionie producent stolarki okiennej postanowił wprowadzić tańsze okleiny-oczywiście w ramach cięcia kosztów. Pracownicy po cichu protestowali -wiedzieli, że gorszy produkt oznacza w efekcie niższą jakość, a tym samym utratę dobrej marki przez znaną firmę. Faktycznie tak się stało -po jakimś czasie wzrosła tam liczba reklamacji stolarki, a producent stracił część wymagającej klienteli.

    Jednakże pozostałe rozczarowania dobrymi markami lawinowo sypią się dopiero od kilku miesięcy. Po pierwsze: sandały mojego męża. Znane z wytrzymałości i jakości Martensy, ostatnio produkowane w Chinach, nie wytrzymały nawet jednego lata. Pierwsza para rozwaliła się po miesiącu. Sprzedawca internetowy rozpatrzył reklamację i otrzymaliśmy nową parę. Ponieważ była już jesień, przeleżały w szafie do ciepłych dni. Z nadejściem lata opuściły szafę, ale i tym razem wytrzymały niespełna miesiąc. Właśnie je odesłaliśmy z żądaniem zwrotu pieniędzy.
Konkluzja: lepiej kupować sandały na targu za 30 zł-też wytrzymują krócej, niż jeden sezon.

   Gdy jestem przy butach -także moje firmowe sandały po dwóch miesiącach noszenia nadają się tylko do reklamacji. Poluzowały się paski i nie trzymają już stopy. Na dodatek podczas czyszczenia starła się farba, pozostawiając na wewnętrznej stronie podeszwy białe plamy.
Konkluzja: jak powyżej.

    Z innej beczki – jakość materiałów budowlanych i rzetelność prac remontowych. Podczas urlopu zwiedzaliśmy rynek w Świdnicy. Architektoniczna perełka Dolnego Śląska, gdzie odnaleźć można budowle gotyckie, renesansowe i barokowe, zachwyciła nas niezmiernie. Tym bardziej, że nie jest zaniedbana, jak większość starówek na Dolnym Śląsku. Dziesięć lat temu remontu doczekały się niemal wszystkie kamienice i zabudowania, które zyskały między innymi kolorowe elewacje. Niestety, nawet niewprawne oko od razu dostrzega wilgotne zacieki na ścianach oraz odpadające tynki i cegły i coraz bardziej blaknący kolor. Jakże inaczej rzecz się ma w przygranicznym, Goerlitz – remontowane od kilkunastu lat miasto ciągle wygląda pięknie i ciężko byłoby tam znaleźć budowlany bubel.
Konkluzja: nie remontować, bo za kilka lat i tak nie będzie śladu. Dowód? Leszczyński ratusz pełen wilgotnych zacieków.

Telefony komórkowe  też nie są niezawodne. W ciągu tego roku nasze aparaty były już dwa razy w reklamacji. Fakt, są dość solidnie eksploatowane, ale przecież taka ich rola. Inaczej rzecz ma się z moim tatą, który komórki używa może raz dziennie do odbycia krótkiej rozmowy. Po trzech miesiącach musiał swój aparat wysłać do naprawy, bo przestał sygnalizować połączenia przychodzące.
Konkluzja: lepiej korzystać ze starych telefonów: cegły bez aparatu fotograficznego (nie mówiąc o innych nowinkach technologicznych), ale niezawodne.

    Wady i usterki można bez liku znaleźć znaleźć w artykułach dziecięcych. Super nowoczesny i koszmarnie drogi wózek trzykołowy, ponoć przystosowany do ekstremalnych wycieczek. Przednie koło odpada po dwóch miesiącach, na naprawę czekasz 2-3 tygodnie. Skarpetki dziecięce z przyszytą grzechotką-biedronką. Puszczają szwy i zwierzątko odpada po kilku użyciach, nawet nie trafiając do pralki. Polskie pampersy – tu także szwy puszczają szybciej, niż w niemieckich pieluchach.

    Kolejny przykład: super termos trzymający temperaturę w najbardziej ekstremalnych warunkach. Według internetowego sprzedawcy oraz danych pochodzących od amerykańskiego producenta, po 24 godzinach temperatura płynu powinna wynosić około 50 stopni. Sprawdziliśmy zimą i wiosną -po 24 godzinach płyn jest zimny.
Konkluzja: herbata trzymana w zwykłym, marketowym termosie za 20 zł po upływie doby też jest zimna.

    Wymieniać można bez przerwy. Na zakończenie mogę "zareklamować" boską restaurację w Lesznie, gdzie po powrocie z urlopu spodziewaliśmy się zjeść solidny, smaczny i zdrowy obiad. Długo by wymieniać niedoskonałości obu dań: rosół doprawiony kostką rosołową, by klient nie wyczuł kwasu zepsutej zupy. Drobiowa rolada ze szpinakiem powinna w menu mieć dopisek "kilkudniowa", co nawet byłoby zabawną rymowanką. Ryż nosił ślady jakiegoś zaschniętego sosu, a kopytka były słone jak łzy kucharza. Z głodu poskubaliśmy wszystkiego po trochę  zapłaciliśmy równie słony rachunek. Najgorsze były jednak kolejne 24 godziny: pchaliśmy się do toalety, a noc spędzaliśmy w pawich męczarniach. Swoje odcierpiał  nawet mały Antek, który do rana wył do księżyca.    

 
   Wniosek nasuwa się sam: po co wydawać pieniądze na jeden solidny produkt, skoro za tę samą kwotę można nabyć na targu lub w dyskontach kilka takich samych rzeczy? Nawet do niedawna gruby i pachnący papier toaletowy Regina ma już o jedną warstwę mniej i nie nadaje się nawet do d…