Zabawa w wojnę

42

Słuchając relacji z ostatnich chwil życia naszego żołnierza, zastanawiałem się, czy ten który go zabił, powiedział po swym celnym strzale to samo, co Daniel? W końcu miał do tego prawo. W jego mniemaniu kapitan Ambroziński był okupantem…

Jako osoba o usposobieniu mocno pacyfistycznym, nie potrafię zaakceptować decyzji polityków, którzy pakują nasz kraj w nie nasze wojny. Pomijam już tutaj kwestie finansowe (wysyłanie setek żołnierzy na obce fronty kosztuje fortunę, a ponoć polskie finanse publiczne w tarapatach), chodzi mi bardziej o wymiar moralny całej sprawy. Nie widzę powodów, dla których mamy być trybikiem w wojennej maszynie Amerykanów i przelewać krew sprzątając bałagan, który zrobili “żandarmi międzynarodowej moralności” . Tym bardziej, że tych, do których teraz strzelają, wychowali na własnej piersi. Przypomnę, że w czasach radzieckiej interwencji w Afganistanie, Stany Zjednoczone wspierały i finansowały afgańskich mudżahedinów.

Wojny w Afganistanie i Iraku, to nie wojny dla wolności, tylko dla korzyści. Casus beli w  ich przypadku był zręcznie utkanym kłamstwem (vide ukryta broń w Iraku) lub szukaniem kozła ofiarnego (Afganistan jako siedlisko tych, którzy zniszczyli WTC). I na nic zdają się tu zakamuflowane nazwy tych misji. Eufemizmy w postaci „kontyngent stabilizacyjny” czy „siły pokojowe” nie przyćmią okrucieństwa i absurdalności wojen, w które wplątali nas panowie w nienagannie skrojonych garniturach.  Ciekawe czy dłoń, która podpisuje papier wikłający nas w kolejny konflikt zbrojny zadrżałaby, gdyby musiała w pierwszej kolejności wysłać na front swojego bliskiego?

Białe kołnierzyki jednym skinieniem dłoni skazują tysiące osób na cierpienie, jednym podpisem decydują o losie milionów ludzi.  Rozpętują piekło w imię politycznych bądź ekonomicznych racji. Dla nich bardziej niż życie ludzkie liczy się ropa, wpływy polityczne w danym regionie świata lub wypełnianie zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych.

Oczywiście władza nie jest jedynym winowajcą tych tragedii. Trzeba pamiętać, że na wojny nie idą ludzie z poboru (tylko tego by brakowało!). Jadą tam zawodowi żołnierze, ochotnicy.  Każdorazowo, gdy widzę, jak nasi „chłopcy” żegnają rodziny i odlatują w rejony ogarnięte wojną,  na myśl przychodzi mi pewna stara anegdota, w której dwaj koledzy, tak rozmawiają o swoim pomyśle na życie:

– Wiesz, jadę na wojnę.
– Ale po co?
– Zabiję jednego, drugiego, szarpnę kasę i wracam do domu.
– No, a jak ciebie zabiją?
– Mnie? No co ty, za co?

No właśnie, „za co?” i „dlaczego?”, to najczęściej powtarzane pytanie przez bliskich poległych żołnierzy. Ten pozornie głupawy dialog chyba najlepiej ilustruje mentalność większości ochotników. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ci chłopacy jadą tam walczyć i ginąć w imię demokracji i wolności. Nie daję wiary w deklaracje, że zostawiają swoje ukochane żony, dzieci, rodziców i przyjaciół tyko po to, by gromić złych terrorystów, obalać satrapów i łamać autorytarne reżimy. Nie bójmy się tego powiedzieć, w znakomitej większości jadą tam po kasę lub adrenalinę. Pewnie nawet niewiele wiedzą o kulturze, historii i życiu tych, których uważają za wrogów.

Naprawdę współczuję rodzinie  Daniela Ambrozińskiego. Brakuje mi wyobraźni, aby pojąć ogrom rozpaczy, którą teraz przeżywają najbliżsi zabitego. Tyle, że przecież kapitan Ambroziński wiedział, w co się pakuje. Miał świadomość, że nie jedzie tam po fajną fotkę na Naszą-klasę. Skoro był zawodowym żołnierzem, to musiał wiedzieć, że wojna to nie film, który można w każdej chwili wyłączyć. To nie gra komputerowa, w której ma się trzy życia. To nie zabawa, z której można się wycofać.  W Afganistanie i Iraku, krew jest prawdziwa, a śmierć czai się na każdym kroku.

Każdemu takiemu ochotnikowi polecam jednak przed wyjazdem ruszyć nieco wyobraźnią. Niech uzmysłowi sobie, jak wygląda przy trumnie taty trzyletnia dziewczynka ściskająca ulubioną laleczkę. Ojciec, mąż, czy syn wracający z pracy w plastikowym worku bądź blaszanej trumnie to koszmar.  Widok bliskiej osoby składanej do grobu nieodwracalnie demoluje psychikę, zwłaszcza, gdy odchodzi ona w tak młodym wieku i w tak głupi sposób.

Ile wdów, matek, czy osieroconych dzieci, gdy odbiera zwłoki swojego „bohatera”, czuje naprawdę dumę z tego co zrobił? Zwłaszcza, gdy zgasną telewizyjne jupitery… Czy bliscy zabitego żołnierza jeszcze raz daliby przyzwolenie, aby jechał na wojnę? Wątpię…  Radość z otrzymanego pośmiertnie odznaczenia od prezydenta też z pewnością nie rekompensuje straty. Poza tym, wolałbym, aby takie ordery były przyznawane bohaterom, którzy walczyli lub polegli w obronie naszych granic i narodu. Walka z najeźdźcą jest bowiem dla mnie jedynym argumentem usprawiedliwiającym użycie siły. Rolą naszego wojska jest obrona ojczyzny, a nie zabawa w najemników.

Przykre jest także to, że o ofiarach współczesnych wojen robi się głośno tylko wtedy, kiedy zabiją naszych. Irakijczycy, czy Afgańczycy mogą ginąć na kopy.  Dla mediów to tylko statystyka. Dla „sił stabilizacyjnych” śmierć „wroga” to powód do fety i dumy. Dziś zlikwidowaliśmy dziesięciu, wczoraj dwunastu, a w ubiegłym tygodniu jedynie pięciu, bo słabo nam szło. Pewnie za gorąco było… Takie uprzedmiotowianie wroga jest barbarzyństwem niegodnym współczesnej cywilizacji.

Czy Afgańczycy, Irakijczycy, talibowie, to nie ludzie? Nie mają żon, córek, synów, matek, ojców, marzeń? A zabici cywile? 33 miliony mieszkańców Afganistanu to terroryści? Ile jeszcze krwi i łez będzie musiało upłynąć, zanim duzi chłopcy przestaną bawić się w wojnę?  Ile jeszcze takich tragedii potrzeba, aby politycy zrozumieli, że wojna nie jest sposobem na rozwiązywanie jakichkolwiek problemów, a walka o pokój jest sprzecznością samą w sobie.

Na koniec pointa muzyczna. Z dedykacją dla tych, którym się wydaje, że mają rację.

PRZEMYSŁAW PRUCHNIEWICZ

 

WIÊCEJ TEKSTÓW AUTORA MOŻNA PRZECZYTAĆ NA BLOGU: WWW.PRUCHNIEWICZ.PL