Skopane Zakopane

50

Wstyd się przyznać, ale byłem częścią półmilionowej tłuszczy, która najechała stolicę polskich Tatr. Z najazdu wróciłem cały i zdrowy, choć nieco poturbowany psychicznie. Tłum bezlitośnie tłamsił radość wypoczynku i gdyby nie fakt, że mam wielki sentyment do tego miejsca, pewnie zdeklarowałbym publicznie: „nigdy więcej Zakopca”.

Niestety, nie mogę tego uczynić, bo to właśnie tam, 14 lat temu, na wycieczce szkolnej, narodził się mój związek, który trwa do dzisiaj, więc pewnie jeszcze będę się tam pojawiał przy okazji różnych rocznic. Tym bardziej, że na starość człowiek robi się sentymentalny… Ba, wspomnienia niekiedy nawet wyprzedzają zmarszczki. Nas dopadły już teraz, za sprawą pamiętnika, który moja ładniejsza połowa przez przypadek odgrzebała w czeluściach swojej szafy. Opisała w nim pamiętną wycieczkę. Przeczytaliśmy, zatęskniliśmy, pojechaliśmy.

Niestety, wypad ten utwierdził mnie w przekonaniu, że spędzanie urlopu w Polsce mija się z celem. I nie chodzi tu wcale o to, że kraj nad Wisłą nie ma uroczych miejsc, bo ma wiele perełek. Rzecz raczej w tym, że nasza infrastruktura turystyczna jest marna. Podobnie jak marna potrafi być aura i nawierzchnia dróg, po których trzeba się godzinami telepać docierając do celu. Biorąc pod uwagę zestawienie cen do jakości, krajowe oferty mają się do zagranicznych tak, jak Izba Lordów do izby wytrzeźwień.

Gierek wiecznie żywy

Znalezienie przyzwoitego  lokum w Polsce na dwa dni przed wyjazdem jest wyczynem godnym samego Chucka Norrisa.  Ofert last minute za granicą bez liku. Można przebierać: Majorka, Teneryfa, Egipt. Trzy, cztery, pięć gwiazdek. Z dwoma posiłkami, bez posiłków, all inclusive. Co tylko sobie wymarzysz. W Zakopanem nic nie jest takie proste. Nie ma ofert typu „wszystko w cenie”. Nie ma zbyt wielu czterech lub pięciu gwiazdek. Nie ma nawet miejsc w „gierkowskich” pensjonatach  z boazerią, makatkami na ścianach i łóżkami zasłanymi kocami w kratę. Jakby to powiedział Kononowicz – „nie ma niczego”. Po długich poszukiwaniach, dziesiątkach maili i telefonów, udało nam się w końcu wyrwać pensjonat (ktoś zrezygnował), ale nie w centrum, tylko na Toporowej Cyrhli, czyli najwyżej położonej dzielnicy Zakopanego.

Droga krzyżowa

Sam dojazd do stolicy polskich Tatr to gehenna. Na trasie Leszno – Wrocław jest 8 radarów (chyba, że któryś przeoczyłem), Wrocław jak zwykle zakorkowany, autostrada A4 do Krakowa w permanentnym remoncie (opłaty kasują oczywiście normalnie), a na „zakopiance” sznur aut. Biorąc pod uwagę fakt, że podróżowaliśmy z dzieckiem, które nalegało na liczne postoje (place zabaw przy Orlenie), cała droga zajęła nam prawie 9 godzin. W tym czasie, samolotem (wygodniej i bezpieczniej) można by dolecieć w każdy zakątek basenu Morza Śródziemnego, a nawet na Wyspy Kanaryjskie wliczając w to transfer z lotniska do hotelu.

Gdy dotarliśmy na miejsce, nadal nie mogliśmy wziąć rozbratu z autem, bo mieszkaliśmy na obrzeżach miasta. Niestety, Zakopane nie rozpieszcza zmotoryzowanych – serwuje im korki i brak miejsc parkingowych. Trafić na coś wolnego, to jak wygrać we włoskiego totka. Krąży się więc po mieście, a urlop człowiekowi stygnie… Zwiększeniu rotacji na parkingach na pewno nie sprzyja pomysł naliczania jednorazowej opłaty w wysokości 20-30 zł bez względu na to, ile się danego dnia stoi. Porzucenie auta na rzecz taksówek też opada, bo chętnych na jedno miejsce jest więcej niż na Sorbonie.

Kolejki do kolejki

 
Prawdziwą zmorą wczasowiczów są jednak kolejki, które ustawiają się dosłownie wszędzie i do wszystkiego. Rzędy ludzi w sklepach, przy ulicznych straganach, bankomatach, w toaletach i kasach biletowych. Żeby wjechać kolejką na Kasprowy Wierch, trzeba czekać cztery godziny, na Gubałówkę co najmniej godzinę. Na szczęście masa nie myśli. Wystarczyło przyjść wieczorem, aby wjechać bez stania. W ciągu dnia sytuację ratowali tylko „cinkciarze”, którzy odsprzedawali bilety, pustosząc kieszenie.

Tłumy odbierały radość ze spacerowania i to nie tylko po Krupówkach. Na szlakach również kolejki. Zwyczaj mówienia „dzień dobry” mijanym w górach ludziom stracił jakikolwiek sens, bo maszerowało się gęsiego, co można zresztą zobaczyć na tych zdjęciach.

Najbardziej irytował jednak tłok w restauracjach i knajpach. Najpierw polowanie na wolny stolik, potem czekanie na kelnerkę, posiłek i rachunek. Sama konsumpcja odbywała się w rytmie wystukiwanym przez buty drepczących z niecierpliwości turystów, którzy czaili się na twoje miejsce. Oczywiście nasz wegetarianizm dla zakopiańskiej gastronomii był zjawiskiem z pogranicza UFO, a  propozycja „wegetariańskiej rybki” normą. Zostały nam zatem zapiekanki, pizze, pierogi i naleśniki… Na Zachodzie nie ma z tym problemu.

O konie lepiej nie pytać…

Żeby nie było, że Zgredaktor tylko narzeka, kilka rzeczy pochwalę. Tatry jak zawsze piękne. Naprawdę polecam je każdemu. Jeśli nie lubisz aktywnego wypoczynku, to nie szkodzi. Nie trzeba na nie wchodzić, z dołu też pięknie widać 😉 Urok gór w pełni rekompensuje wszelkie niedostatki miasta, które powinno być jak najszybciej zakopane.

Polecam też rozmowy o życiu z góralami. Jako, że z córki raczej wygodna taterniczka, dość często przemieszczaliśmy się bryczkami, więc było sporo okazji, by pogawędzić.  W tym roku górale są w znakomitych nastrojach, więc do rozmów chętni. Nic dziwnego, w końcu mają za sobą rekordowy sezon. Wysokie nominały aż wysypywały się im z kieszeni, no i nigdy nie mieli drobnych, aby wydać resztę.  Gdy w formie żartu zwróciłem jednemu z nich uwagę, że gubi kasę, odpowiedział bardzo szczerze, że ma za małe kieszenie na to, co wyciąga od turystów.

Górale to w ogóle mistrzowie ciętych ripost, wykwintnych figur retorycznych i nieszablonowych konstrukcji myślowych. Podczas dyskusji na temat skąpo odzianych turystek, które w “japonkach” potrafią forsować nawet najczarniejsze szlaki, mój rozmówca stwierdził, że „panny w klapeckach są pikne, ale te dziary mają łokropne. Kiedys to sie tak okalecali kryminaliści, a teroz byle lesba se smoki rysuje”.

Tematem, którego jednak lepiej z góralami nie poruszać, to sprawa śmierci konia na trasie do Morskiego Oka, bo przecież wiadomo, że koń „ino się przegrzoł”. Jedna z turystek zwróciła delikatnie uwagę góralowi, że jego zwierze ma z boku rankę. – Aleś wypacyła. No, mo małum ryse, bo sie łotarł, ale jemu sie ta szrama zaro zarośnie, a ty swoją bydziesz mić du kuńca zycia niezabliźnioną– uciął temat wyraźnie poirytowany woźnica.

Na plus zaliczyłbym też wpływ górskiego klimatu na kreatywność. Podłapałem tam kilka fajnych pomysłów. Niektóre będę nawet próbował przeszczepić na swój grunt. Jak wiadomo, w parkach narodowych jest tak, że  nie można niczego sprzątać, nawet jak się coś przewróci. Spróbuję to wdrożyć w domu. Koronnym argumentem dla żony będzie to, że tworząc taki „rezerwat” będziemy mogli od gości pobierać opłaty 😉

No i najważniejsza pochwała. Zakopane to bodaj jedyne miejsce na świecie, w którym można w biały dzień, w centrum miasta, zobaczyć jak niedźwiedź polarny wraz z Kubusiem Puchatkiem chleją wspólnie gorzałę z gwinta.

 
PRZEMYSŁAW PRUCHNIEWICZ
Zdjęcia autora z Zakopanego można zobaczyć w galerii na stronie www.pruchniewicz.pl
 
Zapraszam też do udziału w sondzie na temat wypoczynku w kraju i za granicą.