Pożegnanie z Afryką

44

Niestety, wyniku nie trafiłem, bo zakładałem, że będzie więcej niż 3:0. Przeciwnicy chyba zlitowali się nad Leo, bo wiedzieli, że jak dokopią nam bardziej, to Polacy żywcem zjedzą selekcjonera. Świat wie, że to taka nasza narodowa specjalność – szukanie kozła ofiarnego i obarczanie winą za swoje niepowodzenia innych.

Doprawdy trudno mi zrozumieć, skąd w polskich kibicach to zdziwienie, skąd w komentatorach to oburzenie, skąd poirytowanie działaczy sportowych? Czy oni wszyscy naprawdę liczyli na to, że Polacy zakwalifikują się do mundialu? Jeśli tak, to chyba mieli zawiązane oczy na wszystkich meczach eliminacyjnych Polaków.

Przecież ta drużyna jest marna i wiadomo o tym nie od wczoraj. Od lat, naszym znakiem rozpoznawczym na boisku jest to, że kiedy przejmujemy piłkę, natychmiast mamy transmisję  w zwolnionym tempie. Kłują w oczy błędy techniczne, kłopoty z przyjmowaniem piłki, niedokładne podania, niecelne strzały i licha kondycja zawodników. Nie ma u nas gry zespołowej, ani wybitnych indywidualistów. Nie ma lidera, nie ma pomysłu na akcje. Brakuje też własnego stylu i co najgorsze – zaangażowania. Nasi chłopcy nie wiedzą, co to znaczy „gryźć murawę”, choć po każdym przegranym meczu deklarują, że „dali z siebie wszystko” i tłumaczą, że przegrali, bo „przeciwnik był wybiegany”, albo „sędzia ich skrzywdził”. Żenada.

Podobnie mętne wywody i analizy słyszę od wczoraj w mediach i wśród znajomych. Kozłem ofiarnym stał się oczywiście Leo Beenhakker, bo my zawsze musimy mieć winnego i najczęściej jest nim ktoś z zewnątrz, najlepiej obcy. Obwinianie innych za własne niepowodzenia staje się naszą cechą narodową. Szwajcarzy mają swoje zegarki, Amerykanie Coca-Colę, Rosjanie matrioszki, a my mamy zawiść – nasz towar eksportowy. Lubimy opluć, zbesztać, obrzucić błotem tylko po to, aby poczuć się lepiej, żeby leczyć kompleksy. W żadnym razie nie potrafimy przegrywać. Przypomnę, że gdy ten sam trener odnosił sukcesy, był niemal noszony na rękach. Zanim został opluty, zdążył otrzymać tytuł Człowieka Roku „Wprost”, odebrać z rąk prezydenta Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski oraz cieszyć się Super Wiktorem za całokształt osiągnięć.

Teraz jest linczowany, bo nie spełnił naszych wygórowanych oczekiwań. Od lat nie mamy drużyny godnej udziału w najważniejszych turniejach piłkarskich i musimy się z tym pogodzić. Jeśli się gdzieś fuksem załapiemy, to i tak gramy trzy mecze: inauguracyjny, o wszystko i pożegnalny. Trzeba to sobie expressis verbis powiedzieć – piłka nożna nie jest naszym sportem narodowym.

Frontalny atak na trenera rozpoczął Dariusz Szpakowski, który już w 80. minucie meczu – zamiast relacjonować przebieg spotkania –  uraczył widzów tyradą miażdżącą Leo Beenhakkera. Komentator  przekonywał, że sromotna porażka, to nie wina piłkarzy, tylko Holendra. Inny jego kolega po fachu – Jan Tomaszewski sugerował wcześniej, aby szkoleniowca deportować z Polski. Popisał się też prezes PZPN. Grzegorz Lato – nie panując nad emocjami – zaraz po meczu zwolnił trenera, ale nie osobiście, tylko za pośrednictwem mediów… Jak widać, gra fair play jest dla niego terminem obcym i to nie tylko z nazwy.

W sukurs działaczom i komentatorom przyszła prasa, blogosfera i internauci. Pomyje wlewane na selekcjonera aż zalewały monitory. Dziennikarze załzawioną, a nierzadko przepełnianą jadem czcionką jechali po Holendrze, jak po przysłowiowej łysej kobyle. Gazety krzyczały tytułami „Lato pogonił nieudacznika”. Czytając te artykuły miałem wrażenie, jakby trener był jedynym winnym zapaści naszego futbolu.

Nie mam zamiaru występować jako apologeta Beenhakkera, bo nie trzeba być wielkim znawcą piłki, aby dostrzegać błędy, które popełniał. Rzecz w tym, że nie myli się ten, kto nic nie robi. Jego poprzednicy też „dawali ciała”, ale nikt ich tak publicznie nie rugał. Nie godzę się na zrzucanie odium odpowiedzialności za brak awansu jedynie na trenera. Kiepski występ naszej reprezentacji na Mistrzostwach Europy, a potem fatalny start w eliminacjach do mundialu i blamaże z Irlandią oraz Słowenią, to przede wszystkim wina samych piłkarzy. To oni ślimaczyli się po boisku wyzuci z jakiejkolwiek woli walki, a nie ich szkoleniowiec. Z naszą reprezentacją nawet połączony sztab trenerskich sił Mourinho, Guardioli i Hiddinka niewiele by zwojował, bo jak powszechnie wiadomo, z osła nie da się zrobić konia wyścigowego.

Problemu nie rozwiąże żaden nowy trener, bo to zaledwie jeden drobny element tych rozsypanych puzzli. Żeby poskładać je w całość, trzeba rozwiązań systemowych, ale nie serwowanych przez polityków (PiS już chce składać w Sejmie projekt ustawy o futbolu) tylko przez prawdziwych ekspertów.  Ja nim rzecz jasna nie jestem, więc nie mam gotowej recepty na powstrzymanie tej degrengolady. Jedno jest pewne, nie można żyć ciągle przeszłością, trzeba patrzeć w przyszłość, a my nadal jesteśmy zakładnikami wspomnień o orłach Górskiego i ekipie Piechniczka. Po każdej większej przegranej, rozpamiętujemy, jacy to kiedyś byliśmy wielcy.

Oczywistym jest dla mnie także to, że trzeba zmienić system wynagradzania zawodników, na bardziej motywacyjny i oszczędny. Gigantyczne pieniądze przewracają naszym piłkarzom w głowach, chłopcy zamiast robić to, co do nich należy, bawią się w gwiazdy popkultury. Tatuaże, balejaże, to jedyne co ich wyróżnia na boisku, z umiejętnościami jest już dużo gorzej. Gdy wyjadą na Zachód, grzeją ławy.

Należy też ostro przetrzebić szeregi działaczy, bo to przede wszystkim oni psują polską piłkę. To dzięki nim, nasza piłkarska rzeczywistość AD 2009 jest lustrzanym odbiciem filmu Zaorskiego z końca lat 80. pod wszystko mówiącym tytułem „Piłkarski poker”.

No i najważniejsze, trzeba w końcu zacząć pracować z młodzieżą. Niby to nic odkrywczego, ale u nas ciągle kuleje.  Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi –  cała nadzieja w młodym pokoleniu. Sama budowa orlików jednak nie wystarczy. Musimy szukać perełek. Nie wierzę, że w niemal 40-milionowym narodzie nie ma talentów. Z pewnością są, tylko my nie potrafimy ich wyłuskać i odpowiednio wyszkolić. Historia pokazuje, że futbolowi geniusze nie biorą się wcale z dobrych szkół sportowych w wielkich miastach, tylko z ubogich dzielnic, zapadniętych wiosek i prowincjonalnych obskurnych podwórek. Gdyby Pele czy Garrincha, urodzili się we współczesnej Polsce, z pewnością nigdy by nie trafili do kadry. Kto by u nas zwrócił uwagę na chłopaka z jedną krótszą nogą lub docenił umiejętności małego pucybuta kopiącego w slumsach szmaciankę?

PRZEMYSŁAW PRUCHNIEWICZ

 

WIÊCEJ TEKSTÓW AUTORA MOŻNA PRZECZYTAĆ NA BLOGU: WWW.PRUCHNIEWICZ.PL