W kryzysie na piechotę

5

 

     Oto kilka dni temu prezydent Leszna porozumiał się z opozycją w sprawie parkingów w mieście. Jak wyczytałam w mediach, temat utworzenia w mieście darmowego parkingu został odłożony na kilka miesięcy. Także z opóźnieniem wejdą w życie podwyżki za parkowanie. Bo kryzys, bo ludzie biednieją….

    No właśnie -skoro jest kryzys i ludzie są ubożsi, to powinno to być widać na ulicach i w supermarketach. Tymczasem znalezienie wolnego miejsca na postój graniczy z cudem, rozpędzone samochody rozjeżdżają pieszych na pasach, a w marketach kolejki, jakby był PRL i rzucili właśnie żeberka lub kurtki zimowe. Wczoraj chciałam kupić parę drobiazgów w Kauflandzie -o godzinie 20 parking był pełen, a przy wszystkich kasach stało w kolejce po kilkanaście osób. To jest kryzys?

    Tenże argument za późniejszym wprowadzeniu podwyżki za parkowanie wydaje mi się być banalny. Po pierwsze, ceny mają wzrosnąć o zaledwie 40 groszy, z 2 zł na 2,40 zł – więc tak naprawdę podwyżka jest iluzoryczna, a wręcz śmieszna. Żeby zlikwidować problem z parkowaniem w centrum, godzina powinna kosztować 4 zł. Co prawda Leszno to nie miasto na skalę Poznania czy Wrocławia, ale tylko drogie bilety odstraszą od wielogodzinnego zajmowania parkingów.

    Po drugie – jak komuś za drogo płacić za parking, niech chodzi pieszo. To i zdrowiej i na benzynie człowiek zaoszczędzi, tym bardziej że w mieście spalanie zawsze jest większe. Spod Leszna można do miasta dojechać autem, ale zostawić je na darmowym parkingu przy markecie i do centrum doczłapać spacerkiem. Gdy natomiast ktoś raz kiedyś załatwia pilną sprawę w centrum, to już może odżałować parę złoty na drogi parking. 

    Może więc radni skończyliby z populizmem i działaniem rzekomo w interesie biedniejącego społeczeństwa, a po prostu znaleźli skuteczne rozwiązanie problemu zakorkowanych parkingów. A przy okazji może by znaleźli sposób na psie kupy…Zaczęły się roztopy, a wraz z nimi z chodników i trawników wyzierają śliskie bomby. Ale radni, jak już pisałam wcześniej, wolą jeździć autami, więc nie znają śmierdzącej uciążliwości pieszych. Chociaż kilka dni temu na ul. Lipowej spotkałam radnego Borowiaka na nogach. Idąc za nim nie słyszałam jednak żadnych przekleństw, więc albo z zasady nie używa brzydkich słów, albo akurat miał szczęście w nic nie wdepnąć. Niby dobrze, ale gdyby wdepnął, to może na włąsnej skórze zrozumiałby, jakie to przykre…